Twój Anioł wolność ma na imię

Posted on 6 września 2010 | No responses

Kafelki, panele, farby, tapety, zlewy, krany. Srebrny czy biały, kwadratowy czy okrągły, plastikowy czy drewniany? Tysiąc pytań, milion możliwych odpowiedzi. Remont. Z jednej strony sami go chcemy, z drugiej przeklinamy go nieustannie dopóki się nie skończy. Od tygodnia nie robimy w wolnym czasie nic poza poszukiwaniem odpowiedzi na te tysiące pytań. Za 3 tygodnie wchodzi fachowiec, (byle nie pseudo) który przemieni naszą starą łazienkę i kuchnię w nową, wymarzoną, jak z katalogu. Oby pożądany efekt końcowy wynagrodził wyboistą drogę doń prowadzącą.

We wtorek po kolejnych wizytach w ‘castoramach’ wyrwaliśmy się na jubileuszowy koncert z okazji 30-lecia narodzin Solidarności „Solidarność. Twój anioł wolność ma na imię”. Zabiegany, zalatany o koncercie nie wiedziałem prawie nic poza tym, że miała wystąpić Macy Gray i Kayah. I po raz kolejny potwierdziło się, że kiedy wybieramy się na coś spontanicznie bez wnikania w to co nas czeka, to często jesteśmy mile zaskoczeni. Nie mając żadnych oczekiwań to coś cieszy nas bardziej.

Najpierw o gęsią skórkę przyprawił nas Rufus Wainwright, który rewelacyjnie zaśpiewał Hallelujah Coena. Potem Kayah trochę dziwnie pozdrowiła tłum „Dobry wieczór Polska” jakby przyjechała z zagranicy:) , a następnie porwała tłum jednym ze swoich szlagierów (skleroza:/, nie pamiętam jakim). Po niej na scenę weszła Macy Gray, której przymrużone oczy i krzykliwy głos zdradzał wysoką obecność THC we krwi. Kiedy zaśpiewała swój stary przebój ‘Still’ i zeszła ze sceny zacząłem się zastanawiać, kto wystąpi następny skoro gwiazdy wieczoru już wystąpiły.

Okazało się, że atrakcji nie zabrakło. Usłyszeliśmy m.in.Suzanne Vega recytującą wiersz Wisławy Szymborskiej, zobaczyliśmy ukraińską mistrzynię rysowania piaskiem na szkle, ponownie pojawił się Rufus Wainwright, który znowu zachwycił. Wzruszających i poruszających momentów było wiele, ale najbardziej urzekli mnie obcokrajowcy mieszkający w Polsce, którzy wyszli na scenę by w kilku zdaniach opowiedzieć o swoich wrażeniach z pobytu w Polsce i prosić o solidarność z ich utrapionymi narodami. Sudańczyk, Kubańczyk i Tybetanka uświadomili mi coś, o czym na co dzień zapominamy – żyjemy w wolnym kraju. A chyba jeszcze piękniejsze jest to, że Ci, którzy takiego szczęścia nie mają w swoich ojczyznach, mogą je znaleźć w naszej.

Niestety mżawka zamieniała się w solidny deszcz i my, koncertowi amatorzy nie zaopatrzeni w parasole, musieliśmy się ewakuować. Końcówkę koncertu zobaczyliśmy już w telewizorze, a końcowe fajerwerki z balkonu :) Zdecydowanie udany spektakl. Trochę za dużo patosu i recytacji. Porażką okazał się brak napisów/tłumaczeń do wierszy/poezji po angielsku (poza wierszem Szymborskiej żaden nie był tłumaczony). Nie zazdrościłem nie znającym angielskiego. Grząski grunt, który zmienił się w błoto – też na minus. Za to na plus, poza świetnymi artystami, prowadzący. Wojciech Mann stoickim, niezapowiadającym niczego zabawnego tonem, co rusz wywoływał gromki śmiech tłumu. Suma sumarum – bardzo fajny, artystycznie zróżnicowany koncert. Gdyby nie błoto i deszcz byłaby piątka bez minusa.

Filmowe klimaty

Posted on 1 września 2010 | No responses

Poprzedni tydzień upłynął głównie pod znakiem filmowym (i weselnym). Szczególne wrażenie zrobiły na mnie dwa filmy, które miałam okazję obejrzeć w dwóch różnie nietypowych miejscach.
Pierwszy z nich, „Rozwód po włosku”, miałam okazję obejrzeć na molo w Sopocie – w działającym w czasie lipca i sierpnia Kinie Letnim Orange. Film to – cytując za filmwebem –„ głośna, nagrodzona Oscarem komedia z błyskotliwą rolą Marcello Mastroianniego jako znudzonego życiem i swoją żoną Rosalią, barona Fefé Cefalé. Podczas letnich wakacji baron zakochuje się w dużo młodszej, przepięknej kuzynce Angeli. Ponieważ w 1960 roku rozwody nie były możliwe we Włoszech, baron decyduje się uśmiercić małżonkę. W tym celu wprowadza w życie misterny plan. Jeśli nakryje żonę z innym mężczyzną, uratuje własny honor i otrzyma łagodny wymiar kary.”
Rozpoczyna się poszukiwanie przez niego kochanka dla żony…
Masa dobrej zabawy i śmiechu – przede wszystkim z postaci wykreowanych przez grających główne role aktorów. I nawet deszcz nie spadł na kino pod chmurką, jak zapowiadano:)
Kilka dni później natomiast wybrałam się do starego, klimatycznego Kina Kameralnego w Gdańsku na „Grubasy” (“Gordos”). Ten offowy film zgarnął wiele znakomitych recenzji – i ja, po obejrzeniu, mogłabym śmiało się pod nimi podpisać.
I znowu, za filmwebem: „Gordos to pizza, lody, czekolada, słodycze, kalorie, dużo kalorii. To także poczucie winy, pożądanie, strach, nadzieja, marzenia, seks, rodzina, miłość… Film jest optymistyczny, cudowny, cierpki, czuły, ostry, lekki i głęboki. To komedia. To dramat. To zbiór sprzeczności. To życie! Gordos to komediodramat. Pięć opowiadań o nadwadze członków grupy terapeutycznej. Ludzie nie spodziewają się schudnąć, ale raczej znaleźć przyczynę tycia. Szukają powodów niechęci do własnego ciała. Nie chodzi tu jednak o kilogramy, ani o ciało. Nadwaga jest tylko metaforą rzeczy, które łykamy dzień po dniu i które rozwijają się wewnątrz nas. Rzeczy, które są tak trudne do wyrażenia, do stawienia im czoła, a nawet do zaakceptowania.”
Zarówno filmy, jak i wnętrze kina polecam:)
Swoją drogą ostatnio mam niesamowite szczęście do trafiania w takie trójmiejskie osobliwe miejsca – ale o tym chyba już w którymś z kolejnych wpisów:)
Beata
A na zdjęciu opisywane kino – a konkretnie wejście do niego:)

Czasami lepiej posiedzieć w domu

Posted on 26 sierpnia 2010 | No responses

Chyba jestem meteopatą. Rozchorowałem się na kilka dni przed nadejściem pierwszych oznak jesieni. A ta właśnie zaczęła o sobie przypominać. Miejmy nadzieję, że to tylko niegroźne zapowiedzi i lato jeszcze do nas wróci.

Teraz już zdrowy, ale w weekend byłem w średniej formie. Mimo to, nie zamierzałem odpuszczać sobie rewelacyjnie zapowiadającego się koncertu Leszka Możdżera i zaproszonych przez niego największych światowych gwiazd jazzowych. Fanem jazzu nie jestem, ale za to Leszka Możdżera tak i dlatego spodziewałem się czegoś wyjątkowego.

Wyjątkową okazała się tylko organizacja całego przedsięwzięcia. Rzadko bowiem zdarza się tak zaskakująco słabe przygotowanie eventu. Dawno nie widziałem takiej amatorki. No może tylko miesiąc wcześniej pod Grunwaldem:(

Na koncert dotarliśmy na kilka minut przed startem – tu amatorka z mojej strony. Okazało się, że scena zajmuje ¾ Placu Węglowego, na którym odbywał się koncert, i dla widzów nie ma za wiele miejsca – max. 15 m między sceną a Pizzerią Królewską + trochę miejsca między budynkiem mieszczącym m.in. Pizzerię a LOT-em. Przylgnęliśmy do tłumu od strony Bramy Wyżynnej, ale nic nie było widać, a co dopiero słychać. Ruszyliśmy pod LOT, ale tam nie słyszałem nic poza rykiem silników aut przejeżdżających za moimi plecami ulicą Okopową. Leszek Możdżer na telebimie bez fonii to trochę dla mnie za mało. Przenieśliśmy się więc na drugą stroną w pobliże Pizzerii Królewskiej. Tam dantejskie sceny. Chyba umysłowo opóźniony pracownik Pizzerii Królewskiej próbuje wyjechać autem spod pizzerii, pakując się w tłum setek ludzi słuchających (a raczej próbujących słuchać) koncertu. Nie pomogły reprymendy i protesty tłumu, ani uderzenia w maskę samochodu – brnął w zaparte ku zdumieniu wszystkich. Dopiero wezwana Straż Miejska powstrzymała szaleńca. Ochrony koncertu nie było widać. Do tego hałasujący generator prądotwórczy, grupa harleyowców rozgrzewających silniki swoich maszyn, niecenzuralne okrzyki i towarzystwo w stanie wskazującym na nieumiarkowanie w spożyciu. Co tu się do diabła dzieje?! To jest koncert największych światowych artystów? Inaczej – to jest koncert?

To był koncert przygotowany tylko i wyłącznie pod transmisję telewizyjną. Wielka imponująca scena, Stare Miasto w tle. O widzach nikt nie pomyślał. A miejsc do zorganizowania dużych imprez przecież nie brakuje. Stocznia Gdańska, Plac Zebrań Ludowych czy nawet ulica Długa – nawet tam zmieściłoby się więcej widzów niż na skrawku Placu Węglowego. W sumie to mogli zbudować scenę zajmującą cały Plac Węglowy. W telewizji super by to wyglądało!

Zbulwersowani, parskając pustym śmiechem z zażenowania, opuściliśmy miejsce szeroko pojętej profanacji i udaliśmy się do Teatru Leśnego na Jaśkowej Dolinie, gdzie również odbywały się koncerty jazzowe. Zapach lasu, gra świateł i magia tego miejsca nie zrekompensowały nam jednak nieprzystępnej w odbiorze muzyki. Jak wspomniałem fanem jazzu nie jestem i mówiąc to, właśnie taką jego odmianą mam na myśli. Każdy z wytwarzających dźwięk artystów grał jakby był solistą. Każdy sobie, w swoim tempie. Takiego jazzu nie trawię. Ewakuowaliśmy się więc do domu gdzie otworzyliśmy piwo i odpaliliśmy płytę Możdżera, Daniellsona i Fresco. Czasami lepiej posiedzieć w domu :)

Tu i tam

Posted on 23 sierpnia 2010 | No responses

Tym razem weekend poza Trójmiastem, więc tylko słów kilka – bo dopiero tu na miejscu działo się naprawdę wiele.
Na malowniczej niemieckiej wyspie Uznam spędziłam kilka aktywnych i pełnych wrażeń dni. Ahlbeck, Heringsdorf i Bansin z kilkukilometrową promenadą morską do przejścia, Zinnowitz z uroczym centrum – nadmorskie miasteczka, a tak różne od tych u nas, w Trójmieście. Mniej sprzedawców pamiątek, mniej zgiełku i hałasu. Cisza – i tylko opalający się na plaży turyści uświadamiają, że sezon rzeczywiście trwa. Do tego wszędzie rozłożone plażowe kosze – przydałyby się i u nas, w Trójmieście.
Poza małymi nadmorskimi miasteczkami odwiedziłam też Pennemuende – miejsce, w którym były produkowane rakiety V1 i V2 (a tuż obok mieści się Muzeum Zabawy), a także Usedom – małe klimatyczne miasteczko z brukowanymi uliczkami i charakterystycznym ryneczkiem.
A potem było Warthe – mała, senna wioseczka „na końcu świata” (jak o niej mówią sami Niemcy). Przeszywająca cisza, zwierzęta biegające po całym terenie i ludzie nastawieni niezwykle przyjaźnie do nielicznych przyjezdnych – tak najkrócej można scharakteryzować Warthe.
Wczorajszy powrót do Trójmiasta przez polskie nadmorskie kurorty nie pozwolił nie zauważyć różnicy między niemieckimi a polskimi miejscowościami sezonowymi, a zaczynający się właśnie nowy tydzień pełen zapowiadanych ciekawych wydarzeń w Trójmieście wywołuje uśmiech na samą myśl:)
Beata

Fotki:
Plażowe kosze:)

Nadmorski teatrzyk dla dzieci

Drugoe po Sopocie najdłuższe molo nad Bałtykiem – Heringsdorf

Tuż obok Muzeum Zabawy i Zabawek w Pennemuende:)

Domek w sennym Warthe

Filmowo

Posted on 18 sierpnia 2010 | No responses

Miniony weekend w filmowym wydaniu. Zmęczony całym tygodniem miałem ochotę na mało angażujący relaks – rozsiąść się w kinowym fotelu i przenieść w wirtualny świat filmu zapominając o codziennej gonitwie, która ostatnio wrzuciła piąty bieg. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Zobaczyłem francuski ‘Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus’, hiszpańskie ‘Grubasy’ i amerykańską ‘Incepcję’. O tym ostatnim nie można powiedzieć jako o mało angażującym.

Słowo incepcja, mimo iż w słowniku polskim nie istnieje (to słowotwórstwo dystrybutora filmu), w filmie oznacza zasianie idei w czyimś umyśle. Właśnie takie zlecenie otrzymuje Dom Cobb (grany przez DiCaprio), specjalista od węszenia w ludzkich umysłach będących w fazie snu. Ma zakraść się do umysłu spadkobiercy wielkiego koncernu energetycznego i przekonać go do zaniechania kontynuacji imperium umierającego ojca. Ta bardzo surrealistyczna podróż w głąb ludzkiego umysłu jest bardzo zręczną i przemyślaną historią i wielki szacunek dla reżysera i scenarzysty w jednej osobie – Christophera Nolana za umiejętność przeniesienia tak skomplikowanego pomysłu na ekran. Film rodzi mnóstwo pytań i wątpliwości, zachęca do samodzielnych interpretacji i dociekań. I to jest fajne. Mimo iż, efekty specjalne są jedną z najmocniejszych stron “Incepcji”, to jednak duża ilość scen akcji sprawia, że dla mnie film traci na wiarygodności, a niekończąca się strzelanina trochę wieje nudą. A może czepiam się, bo nie wszystko zrozumiałem? W końcu miało być mało angażująco :)

Zdecydowanie prostszą w odbiorze była francuska komedia ‘Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus’. Przechodzące kryzys małżeństwo postanawia zamienić się ze sobą rolami – kobieta zastępuje męża na stanowisku prezesa w dużej korporacji, a ten zajmuje miejsce żony w domu i zostaje gospodynią domową. Nie chcąc narazić się na napaść ze strony płci pięknej, nie napiszę, że to kobieta wymięka w roli mężczyzny i zrywa umowę, powodując powrót do poprzednich ról…ups. Bardzo lekki, przyjemny i przezabawny film. Dany Boon nie musi nic mówić, żeby było śmiesznie. Na poprawę nastroju albo leniwy wieczór – zdecydowanie polecam.

Hitem tego filmowego weekendu były jednak ‘Grubasy’. Perypetie pięciu tytułowych grubasów to historie jednocześnie wzruszające i prześmieszne, pełne ludzkich lęków i radości, a zarazem zdrowego dystansu do ludzkiego żywota, który tak naprawdę jest szalenie zabawny. Genialne postaci, ultraśmieszna fabuła, zaskakujące zwroty akcji, bezwzględna analiza ludzkich zachowań i motywacji tworzą dzieło wyjątkowe. Wzruszyłem się i zerwałem boki jednocześnie :) Jeden z najlepszych filmów jakie ostatnio widziałem. A widziałem go w kinie Helikon, które również gorąco polecam. Malutka salka, kameralny klimat, PRL-owskie fotele. I repertuar jakiego nie znajdziecie w żadnym multipleksie. Warto tam czasami zajrzeć i zobaczyć coś spoza komercyjnego mainstreamu.

W kołowrotku wydarzeń

Posted on 17 sierpnia 2010 | No responses

Kolejny weekend pełen wrażeń za mną:) A zaczęło się już w piątek, od wypadu na rewelacyjną komedię rosyjską ”Hełm Aleksandra Macedońskiego” w Rosyjskim Centrum Kultury i Nauki na Długiej w Gdańsku. I do tego ten język rosyjski – tak magiczny… Film to opowieść o dyrektorze przedszkola, Troszkinie, który okazuje się łudząco podobny do Docenta, szefa mafii, który skradł sławetny hełm Macedońskiego. Kiedy cała szajka idzie za kratki, dyrektor daje się przekonać, by pójść do więzienia, udawać herszta bandy (podczas gdy prawdziwy siedzi w innym więzieniu niż jego wspólnicy) i dzięki temu wyciągnąć od szajki  informacje o tym, gdzie znajduje się teraz hełm.

Ten ciepły film pełen humoru i wartkich akcji na długo pozostawia na twarzy uśmiech:)

…Uśmiech z buzi nie schodzący, bo po samym wyjściu z RCKiN weszłam prosto w publikę koncertu, jaki odbywał się właśnie w Teatrze w Oknie. A teatr ten to miejsce niezwykłe – dwa okna wychodzące na ulicę Długą, w których odbywają się przeróżne spektakle teatralne, ale i koncerty oraz performance. Ludzie siedzą albo na drodze przed oknami, albo, gdy pogoda deszczowa, w małej, czarnej salce wewnątrz.

W sobotę udało mi się w końcu odwiedzić  Jarmark Dominikański. Masa stosik – a i cały wachlarz propozycji; od rękodzieła, poprzez fotele masujące, książki, starocie, po jedzenie. A o tym ostatnim słów kilka warto by napisać, bo hitem regionalnego jarmarku jest w tym roku po raz kolejny nic innego a… oscypek!:) Na Długiej Cejrowski podpisywał swoje książki, a końca ustawionej do niego kolejki nie było widać:)

W bardziej oddalonych alejkach trafić można na stare przedmioty z duszą. Są i obrazy, i różne instrumenty, a i kryształów, mosiężnych figurek, orderów, odznak  – nie brakuje. Chodzę od stoiska do stoiska, oglądam i zastanawiam się, jaką historię ma stara porcelanowa lalka czy nadgryzione zębem czasu lustro…

Gdzieś obok całego tego rozgardiaszu leśne ludki – z grzybami i jagodami, plonami lasu. Siedzą sobie spokojnie pod murem, nie przejmując się zupełnie całą bieganiną wokół:)

Później czas już na spotkanie z dziewczętami w ramach wieczoru panieńskiego jednej z nich, a rano, po sutym obiedzie w Gdyni, powrót okrężną drogą do Gdańska – zamiast przez miasto, przez Kaszuby i Żukowo!:) Masa ludzi z balonikami w tym ostatnim miasteczku położonym tak blisko Trójmiasta przekonała nas do zatrzymania się tam. Istny folklor!:) Okazało się, że trwa właśnie festyn – a w ramach niego wielki tortowy poczęstunek, na który też zostaliśmy zaproszeni. Kulinarnie zachwyceni, po zjedzeniu kolejnej porcji gofrów z dżemem z czarnej porzeczki, jakie przygotowywały na bieżąco gospodynie kaszubskie, przy dźwiękach kaszubskich gawęd i zespołów, wzięliśmy udział w konkurencji rzutu beretem w dal.  Mój wynik pozwolił mi cieszyć się 5. miejscem:) Przy dźwiękach kolejnych muzyków zwiedziliśmy jeszcze okoliczny cmentarz oraz młyn, w którym mieszka komuna cygańska, kibicowaliśmy uczestnikom konkursu na najdłuższą nieprzerwaną skórkę z obranego jabłka, po czym powróciliśmy do Trójmiasta – by zacząć kolejny tydzień. A potem i kolejny weekend:) Bo dzieje się tak dużo, że przydałaby się doba 48-godzinna:)  Też tak macie?

Beata

A, no i zdjęć kilka!

Na Jarmarku Dominikańskim:
Sprzedawcy jagód i grzybów

Wojtek Cejrowski w Gdańsku

Koncert zespołu z Ameryki Południowej na Długiej w Gdańsku

Jarmarkowe bibeloty

Moje ulubione jarmarkowe stoisko

Koncert lokalnego kaszubskiego zespołu na festynie w Żukowie

Gospodyni kaszubska i smakołyki:)

Porównywanie najdłuższych obierek z jabłek – konkurs festynowy

Wata cukrowa!

:)

Posted on 9 sierpnia 2010 | No responses

Cześć:)
Jestem Beata. Właściciel bloga zaprosił mnie tu gościnnie po tym, jak opowiedziałam mu, że często bywam na ciekawych imprezach/w ciekawych miejscach w Trójmieście – i chętnie bym raz na jakiś czas o tym napisała. A że ten blog stał się już takim miejscem, w którym można poczytać o tym, co ciekawego dzieje się w Trójmieście, jestem we właściwym miejscu:) Zapowiada się dwa razy więcej wpisów, a i tymczasowo blog o męsko-kobiecym spojrzeniu na to, co się dzieje:) Będę też umieszczać zdjęcia i czasem filmiki.

…Bo tak dużo się ostatnio wydarza! Parkowanie 2010 w ten weekend w Gdańsku, w Parku Oliwskim, okazało się strzałem w dziesiątkę! Po dość intensywnym tygodniu zaległam na pomarańczowym leżaku rozłożonym na trawniku i wsłuchiwałam się w dźwięki „Koncertu w powietrzu”, jak to nazwali sami twórcy – Tomek Sowiński i Tomek Chołoniewski. Uczty muzycznej, w czasie której dwóch muzyków zagrało na instrumentach nietypowych – prócz perkusji, używali misek i metalowych talerzy. Dźwięki bez nagłośnienia i akustyki rozchodziły się po parku. Nadchodził wieczór i czas projekcji filmu „Tlen” na ekranie ustawionym przy trawniku. Odprężenie i relaks. Tego mi było trzeba:)

A chwil kilka wcześniej rzucałam kulkami w „świnie” – bo na tym polega właśnie gra bowles, w którą mieliśmy z przyjaciółmi okazję zagrać w czasie Parkowania. Pierwszy raz na trawniku i od razu wygrana – ale mówi się, że to przecież szczęście początkującego:) Już dzień później na piasku nie szło tak doskonale:)

Z przyjaciółmi, którzy odwiedzili mnie w ten weekend, wzięliśmy jeszcze w parku udział w zajęciach z falun dafa, jogi, tworzenia kalejdoskopów, a na koniec – znowu na leżakach – wsłuchiwaliśmy się we fragmenty Wielkiej Księgi Tao czytanej na żywo przez Daniela Odiję.

…I czas najwyższy było się zbierać do Gdyni – bo tam trwała w tym czasie kolejna wielka impreza, Festiwal Rytmu i Ognia FROG! To już piąta edycja wydarzenia, które określić można hasłami: ogień, dźwięki, rytm, bębny, żywioły. Koncerty bębniarskie, muzyczne, wszędzie wokół żonglujący ludzie, trenujący z poikami, kulami, a na koniec, gdy już się ściemniło – punkt wieczoru, czyli pokazy fireshow! Taniec z ogniem sam w sobie jest niesamowicie fascynujący! Tak bliskie zetknięcie z żywiołem, prawie ocieranie się o niego, gdzieś na granicy strachu i największej radości…

Krótki występ Yuty z Japonii był pokazem doskonałej techniki, ale to, co działo się później, gdy na scenę weszła grupa Kiwi Projekt, zeszłoroczny laureat FROGA, przechodzi wszelkie pojęcie…

Powalili na kolana – to za mało! Tym bardziej, że wszyscy na tych kolanach już byli, siedząc lub kucając pod sceną:)

Formacja Kiwi Project to dziewczyna i dwóch chłopaków – wszyscy z niesamowitym talentem aktorskim i gibkim, elastycznym ciałem. Spektakl oparty na tematyce pierwotności, dzikości i walki o ogień, pokazywał zarazem radość, jaką wywołuje zetknięcie z nim – radość pozbawioną strachu i lęku przed tym, co ogień może wyrządzić. Ogień z chwili na chwilę stawał się coraz większym przyjacielem.

A Wam podoba się fireshow? Jak w ogóle spędzacie czas w Trójmieście? Podzielcie się ciekawymi wydarzeniami:)
Ja tymczasem chciałabym podzielić się z Wami kilkoma zdjęciami, które zrobiłam w weekend:)
Falun Dafa:

Gra w boules

Koncert w powietrzu

Parkowanie 2010 i leżaki:)

Daniel Odija czyta Wielką Księgę Tao

Fireshow na FROG-u – a na zdjęciu Yuta z Japonii w tańcu z ogniem:)

A pod poniższym linkiem jest wstawiony przeze mnie krótki filmik z FROG-a, gdzie poikami kręci Yuta z Japonii:)

FROG – występ Yuty z Japonii

Gdańskie różności

Posted on 9 sierpnia 2010 | No responses

Jarmark dominikański, festiwal szekspirowski, festiwal MTV Gdańsk dźwiga muzę. Sobotę spędziliśmy w Gdańsku. Na nudę nie można było narzekać. Zaczęliśmy od zakupów i obiadu w Ikei. To, że Szwedzi produkują świetne meble i akcesoria wnętrzarskie wiedziałem od dawna, ale nie zdawałem sobie sprawy, że dają również dobrze zjeść. Zupa, danie główne i deser za 15 zł. Wszystko bardzo smaczne. Mają głowę do biznesu panowie/panie z Ikei.

Na ‘Jak wam/nam się podoba’ wystawiany w Królewskiej Fabryce Karabinów przez London Metropolitan University w ramach festiwalu szekspirowskiego wpadliśmy lekko spóźnieni. Pomysł na wystawienie sztuki w zniszczonym, dziewiętnastowiecznym, fabrycznym budynku, przy ulicy Łąkowej w Gdańsku – genialny. Brak jakiegokolwiek systemu tłumaczenia sztuki, wyświetlania napisów po polsku – trochę mniej. Angielski znam biegle, ale z dialogów i monologów wygłaszanych w staroangielskim rozumiałem zaledwie pojedyncze słowa Po pół godzinie wymknęliśmy się tylnymi drzwiami.

Krótki spacer po okolicy uświadomił nam jak bardzo ciekawa i równie bardzo zaniedbana jest to dzielnica. Fabryka Karabinów to kompleks kilku wielkich imponujących budynków fabrycznych, które z pewnością można by wykorzystać pod budowę muzeów czy mieszkalnych loftów. Niestety chyba nie wpadły w najlepsze ręce, bo tam gdzie są wykorzystywane ktoś powstawiał nowoczesne plastikowe okna całkowicie bezczeszcząc piękno tych budynków. Stare, ledwo stojące kamienice, pełniąca funkcję parkingu zajezdnia tramwajowa, zamknięty szpital psychiatryczny, wiekowy kościółek z setkami dziur po hitlerowskich kulach w murze – tak wygląda zapomniane, a godne pamięci i rewitalizacji, Dolne Miasto. Zaledwie kilkaset metrów od Długiej. Taki potencjał! …szkoda :(

Naszą fascynację historią, choć trochę mniej odległą, kontynuowaliśmy w lodziarni ‘Miś’ na ulicy Sukienniczej niedaleko Motławy. Od 1962 roku kiedy powstało to miejsce, nie zmieniło się tu chyba nic. Przedpotopowa lodówka, boazeria na ścianach, dwie niezadowolone panie, ubrane w białe fartuszki. I pyszne lody za niespotykaną nigdzie cenę 1,5 zł za gałkę. Smak lodów i atmosferę tego miejsca doceniają i turyści i miejscowi. Kolejka jak zwykle na połowę ulicy. I słusznie, bo to genialne miejsce :)

Lody zajadaliśmy ze smakiem, z niesmakiem przyglądając się pierdołom sprzedawanym na mijanych stoiskach jarmarcznych. Ilość sprzedawców i szerokość dostępnego asortymentu to z pewnością coś co przyciąga tłumy turystów. Ale wszystko ma swój umiar. Kilka razy miałem wrażenie, że ktoś wyprzedaje jak leci wszystko co znalazł u siebie na strychu. Przedmioty rozrzucone na prześcieradle niedbale ułożonym na ziemi czy rozklekotane drewniane lady to oczywiście zdecydowana mniejszość stoisk, niemniej jednak rzutująca na ogólny obraz jarmarku. Z pewnością przydałby mu się mały lifting.
Wieczór zakończyliśmy na festiwalu MTV Gdańsk dźwiga muzę. Najpierw finał Dance Battle, potem Tede i M.O.P. Wbrew kolejności najwięcej wrażeń dostarczyły nam występy taneczne – świetna czarna muza i emocjonująca walka na scenie przyprawiały o gęsią skórkę. Tede też całkiem nieźle porwał publikę w kilku kawałkach. Natomiast M.O.P. trochę rozczarował. Ci panowie lata świetności mają dawno za sobą. Ledwo ruszający się po scenie, z nadwagą wykraczającą poza skalę BMI postanowili nadrobić słaby repertuar interakcją z publiką. Nie dość, że po każdym numerze kazali krzyczeć po sobie nazwę swojego zespołu to nawet momentami przerywali utwór, by to zrobić. Do tego przez moment grali nieswoje numery, jakby im zabrakło własnych. Mimo wszystko, warto było usłyszeć kultowe ‘Ante up’ i ‘Cold as ice’ i przypomnieć sobie stare, dobre czasy czarnych piątków w nieistniejącym już U-boocie.
Generalnie sobota z historią w tle:)

Bitwa pod…

Posted on 28 lipca 2010 | No responses

Bitwa pod Grunwaldem. Naprawdę ciężki chleb. Wróciliśmy na tarczy. Pokonała nas pogoda i beznadziejna organizacja. Szkoda gadać. Ale opowiem:)

Planowaliśmy o 8-mej, ale wyruszyliśmy o 9-tej. 160 km do Grunwaldu. W 5h powinniśmy dojechać 2 razy. O 14-tej po nużącej jeździe na zmianę w korku, średnim korku i sporadycznym gazie do dechy dojechaliśmy do skrętu ze znakiem ‘Pole Bitwy pod Grunwaldzkiej 5 km’. Tam płynąca do tej pory rzeka samochodów płynąć przestała. Porzuciliśmy więc auto pod stodołą u dorabiającego do renty z KRUSU rolnika i dalej ruszyliśmy na piechotę. Przez łąkę, rzeczkę, pole kukurydzy. O 14.55, kiedy rycerze schodzili z pola bitwy, zlani potem dotarliśmy na miejsce. Tyle z bitwy widzieliśmy:(

Ruszyliśmy do punktów gastronomicznych ukoić pragnienie. 36 stopniowy skwar był nie do zniesienia. Zamiast punktów gastronomicznych dziesiątki stoisk z książkami. Super, ale ja chce się napić czegoś zimnego! Gdy znaleźliśmy mały bar okazało się, że skończyły im się napoje. Jak to skończyły się? Sympatyczny ochroniarz podpowiedział nam, że kawałek dalej mają chyba jeszcze napoje. Mieli. Z lodówki:) Ale ciepłe:( Paranoja.

Poszwędaliśmy się po rycerskim miasteczku z mieczami, łukami, garnkami i innymi pierdołami, strzeliliśmy po 3 razy z łuku (po 2 zł za strzał) i pomaszerowaliśmy z powrotem do samochodu. Przez pole kukurydzy, rzeczkę, łąkę. 5 km. 5 km, które uratowały mnie przed pomieszaniem zmysłów, bo Ci, którzy wyjechali wcześnie rano i udało im się dojechać pod sam Grunwald, spod tej przeklętej wioski po bitwie wyjechać nie mogli. Podobno wyjazd z Grunwaldu zajmował biedakom po 4-5 godzin. W 36 stopniowym upale. Krzyż na drogę tym bez klimy. My najgorsze 5km pokonaliśmy pieszo, a potem już tylko relatywnie niewielki korek. O 22.00 byliśmy w domu. Cała sobota na przejazd w te i we wte. Cała niedziela w domu na odespanie i zregenerowanie sił. Weekend marzeń :/

Od 2 miesięcy trąbili, że spodziewają się ponad 100 tysięcy ludzi. 600-setna rocznica. Wiadomo, że będą tłumy. A tu żadnych dodatkowych dróg (można było od chłopa pole wynająć i dodatkowy dojazd zrobić), żadnych dodatkowych parkingów w różnych odległościach od pola i co najbardziej niewiarygodne – żadnego policjanta w zasięgu wzroku. Dopiero wracając widziałem jednego kierującego niezdarnie ruchem. Nasze doświadczenia to jednak nic w porównaniu z doświadczeniami innych. Brak bieżącej wody na polu namiotowym. Mdlejący ludzie, nieustający sygnał karetki. Beznadziejne nagłośnienie, brak trybun po bokach pola bitwy, telebimy ustawione pod słońce. Brak ulotek informacyjnych, mapek. Totalna wiocha! W porównaniu ze świetną organizacją tegorocznego Opener’a, ta wyglądała jak sprzed 600 lat. Żenada, żenada i jeszcze raz żenada.

Lato pełne wrażeń

Posted on 19 lipca 2010 | No responses

Nic mi się nie chce. Wracam z pracy, wcinam obiad, wypijam 5-ty litr wody i padam na kanapę. Ostatnio zastanawiam się czy faktycznie tak fajnie jest mieszkać w ciepłym klimacie. Może gdybym między 12tą a 16tą robił sobie sjestę jak mieszkańcy południowej Europy, to o 18ej miałbym jeszcze jakieś siły witalne. Dobrze, że w pracy mam klimę. Bez niej byłoby strasznie. No ale nic, narzekać będziemy jesienią, kiedy temperatura spadnie do kilku stopni, a twarz zacinać będzie zimny deszcz. Póki co cieszmy się latem:)

Temperatura nie odbiera mi za to chęci na prezent jaki dostałem wczoraj od brata i jego żony z okazji 30stych urodzin. Te wprawdzie dopiero we wrześniu, ale Ci nalegali, by dać mi go wcześniej. Czemu nalegali stało się jasne, gdy okazało się, że w prezencie dostałem… skok spadochronowy. Chcieli bym mógł skoczyć latem kiedy jest ciepło, a nie w październiku kiedy pogoda płata figle. No cóż. Nie ma żartów :) . Strach osiągnie pewnie apogeum kiedy trzeba będzie wyskoczyć przez otwarte drzwi samolotu. Na szczęście instruktor przypięty do moich pleców zawsze może mi trochę pomóc :) Nie mogę się doczekać. Adrenalina sięgnie zenitu.

Paweł (mój brat), kiedy skakał z Marleną (swoją żoną) też mało nie zwariował z podniecenia. By nie stresować rodziców, o skoku powiedział im po fakcie. Pamiętam sobotnie popołudnie, kiedy Paweł z Marleną skakali, a ja w tym czasie byłem u rodziców. Ktoś zadzwonił do domofonu jakby się paliło. To Paweł 5-ciokrotnym dzwonkiem ponaglał nas do otworzenia mu drzwi, by czym prędzej podzielić się z nami wrażeniami. Kiedy on z zapałem opowiadał, ja przypominałem mu o oddychaniu :) Kiedy tydzień później pokazał nam nagranie video ze swojego skoku (z osobiście wybranym podkładem muzycznym – ACDC) zrozumiałem czemu tak długo dzwonił do domofonu. Ja pewnie wyważę drzwi, by podzielić się z innymi przerastającymi moje możliwości poznawcze emocjami :) A mój filmik ze skoku uświetni Kasabian :) Co to będą za emocje, skoro samo myślenie o skoku wywołuje tak wielkie…?

Tymczasem w najbliższą sobotę uderzamy z Kasią na Grunwald pobić Krzyżaków :) Zapowiada się niezła jatka http://www.bitwapodgrunwaldem.pl/ . Wszystko z przytupem, bo to 600 rocznica. Ponad 2000 rycerzy, inscenizacja bitwy, średniowieczne miasteczko i targowisko, festyny, koncerty i zapowiadane 150-200 tys. widzów. To tyle co na Heinekenie! Wieczorem po powrocie idziemy na koncert Octawii Kawęckiej do Ucha w Gdyni w ramach Ladies Jazz Festival http://ladiesjazzfestival.pl/ . Zapowiada się fajny weekend. Relacja z obu wydarzeń po weekendzie:)

older posts »

Recent Posts

Tag Cloud

Meta

Ciepło dla Trójmiasta is proudly powered by WordPress and the SubtleFlux theme.

Copyright © Ciepło dla Trójmiasta